wtorek, 2 lutego 2016

Mówiąc o początkach...

Dzień dobry.

Owszem, minął jakiś miesiąc.
Jestem po prostu bardzo niezdecydowana (i mam 17 lat).


Od września jestem licealistką oraz zagubioną mieszkanką dużego miasta, więc poznawanie od zera wszystkiego, co tylko napotkam stało się dosyć... codzienne. I będąc szczera nienawidzę tego.

Początki, powitania są oczywiście niezgrabne, strachliwe, mylne, ale wydaje mi się, że są też niemal niczym małe wizytówki - pierwsze skojarzenie, parę słów lub miły uśmiech. I ot cały pakiet informacji na dzień dobry. A co gorsze jest on dosyć różny od prawdziwego stanu rzeczy. Co jednak jest w tym najsmutniejsze to to, że na tej wizytówce często wszystko się kończy.
Nigdy nie mamy okazji bliżej poznać każdego kogo spotkamy, nawet jeśli wyrażamy takie najszczersze chęci.
Nie odwiedzimy każdego zakątka miasta, który widzieliśmy zza szyby tramwaju. (Nie mówiąc już o tym, jak bardzo onieśmielające jest samotne eksplorowanie miasta i jak często kończy się niewychodzeniem nigdzie).
I czasami tych nowości robi się tak dużo, że każda z nich zostaje jedynie nowością tylko, że już trochę oklepaną.

Nie lubię początków, jakoś strasznie długo się oswajam i ciągną mi się one w nieskończoność. (Na przykład przez miesiąc.) Poza tym wrażenie jakie pozostawiają jest kompletnie fałszywe i bardzo łatwo się do czegoś na długo zrazić.
Aczkolwiek, nie można siedzieć w miejscu przez całe życie.

 (bardzo staram się nie być marudząco-przygnębiona, ale czasami po prostu ma się nie ten humor. obiecuję poprawę)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz